Andrzej Andrysiak - Burmistrz i wójt w gminie jest jak król wszechmogący

Dodane: 2025-11-30

Na stronie Klubu Jagiellońskiego ukazał się "przedruk" wywiadu nt. dwukadencyjności, który wcześniej był w dzienniku "Rzeczpospolita" w dodatku "Plus Minus", z Andrzejem Andrysiakiem. Jest on dziennikarzem i redaktorem. Przez wiele lat związany m.in. z redakcjami „Życia Warszawy” i „Dziennika Gazety Prawnej”, od 2015 roku wydawca lokalnego tygodnika „Gazeta Radomszczańska”. Szef Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i autor książki „Lokalsi. Nieoficjalna historia pewnego samorządu”.

Samorządowcy są jak Ludwik Słońce. Gmina to ja. Decydują o wszystkim i nic im przez pięć lat nie można zrobić. Formalnie kontroluje ich rada, ale ona nie ma narzędzi.

Dwukadencyjność zostanie? 

To pytanie do Donalda Tuska. Decyzja należy do niego. Jeśli Platforma Obywatelska karnie zagłosowałaby za jej zniesieniem, to być może uzbierałaby się większość. Jest jeszcze prezydent, który to rozwiązanie zapewne by zablokował, natomiast nie sądzę, że ten projekt dojdzie do tego etapu. 

Bo społeczeństwo tego nie chce?

Niestety, społeczeństwem mało kto się przejmuje. Odbyły się w tej sprawie konsultacje społeczne, głosów było bardzo dużo, prawie 2800, a mimo to w mediach cisza o dwukadencyjności. Z jakiegoś powodu nie uznaje się jej za interesującą. Jeśli ten temat się pojawia, to tylko wówczas, gdy odpytuje się z niego samorządowców w rodzaju Jacka Karnowskiego albo polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy firmują pomysł likwidacji dwukadencyjności. 

Zaskoczyło pana to pospolite ruszenie przy okazji konsultacji społecznych?

Poniekąd przyłożyłem do niego rękę. Wrzuciłem informacje o nich na swojego Facebooka i X, potem podchwyciły to stowarzyszenia typu Watchdog czy Klub Jagielloński. To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to że poseł PSL Michał Pyrzyk, który firmuje likwidację dwukadencyjności, w ogóle nie promował tych konsultacji. Jego partia również tego nie zrobiła, mimo że wzięcie w nich udziału jest bardzo proste, wystarczy zalogować się przez profil zaufany i wypełnić ankietę. Myślałem, że koniec końców uczestników konsultacji będzie kilkuset, ale że ta liczba dobije do prawie 2800, to się nie spodziewałem. Świadczy ona o tym, jak nośny jest to temat w małych miastach. Dla tych miejsc to jest kluczowa sprawa. 

A gdzie są w takim razie zwolennicy zniesienia dwukadencyjności?

Oddolnie ich nie ma. Są to samorządowe związki branżowe i PSL. Nie znam organizacji społecznej, która wystąpiłaby z głosem mówiącym, że dwukadencyjność to zły pomysł. Jej likwidacja leży w interesie wąskiej grupy ludzi, która sprawuje rządy w swoich małych miejscowościach. Są w nich królami wszechmogącymi. De facto jest niemożliwe, żeby wójt, burmistrz czy prezydent stracił władzę. Jest oczywiście instytucja referendum, ale w praktyce bardzo rzadko da się je skutecznie przeprowadzić. W przypadku poważniejszych afer zaś prokurator musiałby mocno się postarać, by jakiś przekręt udowodnić. System został skonstruowany tak, że kontroli rady gminy prawie nie ma, bo ona niewiele może, a kontrola wojewody jest iluzoryczna. Pozycja wójta, burmistrza czy prezydenta jest nieporównywalna z niczym. 

Dlaczego? 

Bo oni są jak Ludwik Słońce. Gmina to ja. Decydują o wszystkim i nic im przez pięć lat nie można zrobić. Formalnie kontroluje ich rada, ale ona nie ma narzędzi. Widziałem sytuacje, w  których radny chciał skontrolować jakąś spółkę miejską, na co słyszał od prezesa, że on mu nie wyda dokumentów. I nic się nie działo, bo prezydent twierdził, że to decyzja prezesa, nad którym przecież miał zwierzchnictwo. Są samorządy, w których dzieje się bardzo dobrze, są świetni włodarze. Nie twierdzę, że wszędzie dzieje się źle. Ale tam, gdzie się źle dzieje i mieszkańcy chcieliby dokonać korekty, nie mają instrumentów.

PSL mówi, że w ostatnich 40 proc. wójtów, burmistrzów i prezydentów zostało zmienionych, np. Wojciech Szczurek, wieloletni włodarz Gdyni. 

Wieloletni wójtowie, burmistrzowie i prezydenci to wciąż bardzo znaczący procent. Mówimy o ludziach, którzy rządzą od 16 czy 20 lat. 

Widocznie dobrzy gospodarze. 

Każdy samorządowiec tak powie. Ja odpowiadam: nie wiem, dopóki nie sprawdzę konkretnego przypadku. Fakt, może się okazać, że ktoś dobrze rządzi. Ale niewykluczone, że po prostu zbudował nienaruszalną strukturę władzy. Weźmy gminę miejsko-wiejską, która ma 10 tys. mieszkańców. Są w niej na pewno trzy spółki: od śmieci, od zarządzania nieruchomościami, od komunikacji miejskiej. Do tego urząd, starostwo. Okazuje się zatem, że miejsc pracy podległych wójtowi jest 900. Jeśli w takiej gminie pracujących jest 4-5 tys., to wychodzi, że ma on pod sobą jedną czwartą rynku pracy. Niech mi ktoś wyjaśni, jak miernym politykiem trzeba być, żeby tego nie wykorzystać, by utrzymać się na kolejną kadencję. A później kolejną i kolejną. Taka jest polityka. Samorządowcy oczywiście uwielbiają powtarzać, że nie są politykami, ale nimi są właśnie ze względu na to, że wykorzystują narzędzia polityczne do tego, by być przy władzy. 

Od jednego burmistrza małopolskiej miejscowości usłyszałem kiedyś, że dwukadencyjność jest zła, bo jaką ci wójtowie, burmistrzowie i prezydenci mają mieć motywację do pracy w drugiej pięciolatce.

Może taką, że przez pięć lat ktoś im płaci często znakomite jak na lokalne warunki pieniądze? Nie rozumiem tej narracji, że to straszne, że ktoś przychodzi do pracy na 10 lat i nie ma gwarancji, że będzie dłużej pracować. A pan czy ja mamy gwarancję? Jak się sprawdzimy, to tak, a jak nie, to nie. Wójt, burmistrz czy prezydent po prostu podejmowałby kontrakt na maksymalnie dekadę. 

Na poziomie demokracji lokalnej coś się ostatnio zmieniło czy jest dalej tak źle, jak pan opisywał w Lokalsach? 

Powstały środowiska, które chcą dyskutować o tym, jak poprawić samorządność. To właściwie tyle. 

Aż tak?

W samym samorządzie zmian nie ma, bo one wymagałyby ustawowych korekt. Zasadniczo wiadomo, co trzeba zrobić, ale nie ma dla tego woli politycznej. Powstają jedynie kwiatki do kożucha. Na przykład w 2018 r. razem z dwukadencyjnością wprowadzono inicjatywę uchwałodawczą mieszkańców. Rady muszą się zajmować projektami uchwał, ale jeśli nie pasują one większości związanej z prezydentem, to mogą je odrzucać i tyle zostaje z obywatelskości. Tak się nie da naprawić samorządu. Ostatnio dużo rozmawiam na ten temat z różnymi ludźmi i często słyszę taki argument: mamy w Polsce dużą polaryzację, a te samorządy jednak coś tam robią, i po co to ruszać. 

Przekonuje to pana?

Jest w tym coś racjonalnego, ale jak długo można w ten sposób odsuwać problem? Mocno interesuję się ostatnio wpływem demografii na siatkę szkół. W moim rodzinnym Radomsku urodziło się w zeszłym roku 199 dzieci, które potem tu zameldowano. Szkół podstawowych mamy 10. Załóżmy, że średnia osób na klasę wynosi 25. Wychodzi nam, że za sześć lat w co najmniej dwóch szkołach nie będzie klas pierwszych. Po prostu ich nie będzie. Nie ma takiej opcji. W tym roku urodzeń pewnie będzie jeszcze mniej. Wiadomo, że trzeba coś z tym zrobić, ale nikt z władz tego nie rusza, bo to temat niebezpieczny politycznie. 

A samorząd coś tu może? 

Tak. Niech pan zwróci uwagę, że samorządowcy bardzo często mówią, że muszą dokładać do edukacji, bo subwencja nie wystarcza. W pierwszej kolejności trzeba by więc zracjonalizować siatkę szkół, dostosowując ją do potrzeb edukacyjnych. 

Czyli zwolnić ludzi. 

Nie wiem, być może trzeba przerobić dwie placówki na punkty pomocy seniorom, a tych nauczycieli przesunąć do innych szkół. Nie znam się na edukacji, ale myślę o tym z zarządczego punktu widzenia. Jeśli spada zapotrzebowanie na usługi, to nie da się ich utrzymywać na dotychczasowym poziomie. Nie dziwię się samorządowcom, że nic z tym nie robią, bo ludzie by ich wywieźli na taczkach, ale przecież ktoś musi się tym zająć. Zresztą wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci w prywatnych rozmowach przyznają, że wiedzą, iż to nie ma sensu. I tutaj jest nadzieja w dwukadencyjności. 

„Zrobimy, bo i tak nas nie wybiorą”?

Dokładnie. Burmistrz drugiej kadencji będzie miał przywilej zachowania się tak, jak w danej sytuacji powinien. W sprawie siatki szkół nie chodzi nawet o opór społeczny. Nie byłby on tak duży, gdyby informacje o zamykaniu placówek nie były podawane z zaskoczenia. Zamiast przyzwyczajać ludzi do tego, że trzeba się dostosować do demografii, nabiera się wody w usta, po czym – gdy finanse docisną – ogłasza się, że na gwałt trzeba zamknąć szkołę.

Nie jest tak, że te decyzje, o których mówimy, to w gruncie rzeczy didaskalia? Czy samorząd ma narzędzia, żeby rozwiązywać krytyczne, długofalowe problemy, takie jak wyludnianie się mniejszych miejscowości?

Nie wierzę w to, że da się ten trend zatrzymać. Można jednak jakoś się z nim oswajać i dostosowywać do niego wydatki. Czy budowa nowej drogi to rzeczywiście priorytet dla miejscowości, która skurczy się niedługo z 40 do 30 tys. mieszkańców? Przecież w takim mieście zmieni się struktura ludności, inne usługi publiczne będą potrzebne, a na tym polu samorząd ma ogromne kompetencje.

Tyle że to znowu temat niebezpieczny, bo żaden kandydat na burmistrza nie powie w kampanii wyborczej: „nasze miasto będzie miastem osób starszych”. Wszyscy mówią: „będziemy miastem młodych, prężnych ludzi”. Oczywiście, nic z tego nie ma.

Wywiad przeprowadził Roch Zygmunt, Sekretarz redakcji politycznej i koordynator krakowskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego. Student politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował na łamach „Rzeczpospolitej”, magazynu weekendowego „Plus Minus” i Tygodnika Interii.

Tagi: